Udostępnij

  • Kilimandżaro i okolice

    P1150339

    Na samą myśl o Tanzania już się cieszyliśmy, od początku zaczynają się wielkie atrakcje, przywita nas najwyższy szczyt Afryki, góra Kilimandżaro, potem mieliśmy udać się na trek w pięknych i dzikich górach Usambara, kolejnie pojechać na Zanzibar, a na koniec zawitać do naszego pierwszego Parku Safari w Afryce 🙂

    P1150320

    Majestatyczne i niesamowite Kilimandżaro powitało nas w miejscowości Moshi. Było to typowe afrykańskie miasto, jak na tutejsze standardy, gdzie przemysł turystyczny w postaci treków w okolicach Kilimandżaro i na same szczyty, mieszał się z odrobiną wszystkiego – drobnego rolnictwa, handlu, krawiectwa, stolarki i życia z czego się da. Dało się tu jednak odczuć różnicę w porównaniu z Kenią – nikt nie wołał za nami ‘mzungu’ (‘biały’ w Swahili), nikt nam niczego nie wciskał, w sumie nikt, aż tak bardzo nie zwracał na nas uwagi, i było o wiele czyściej niż w Mombasie.
    Chwilowa idylla jednak nie mogła trwać długo 😉 nazajutrz była niedziela, a zarazem jak się okazało, narodowy dzień picia i przyjmowania substancji odurzających w Tanzanii. Nie zrozumcie nas źle, też chętnie byśmy się przyłączyli, ale nikt z autochtonów nie był za bardzo w przyjaznym nastroju.

    P1150518
    Zaczęło się od Tsave, chłopaka który prowadził lokalny punkt turystyczny, oprowadzał po okolicznych plantacjach kawy, bananowców i pięknych wodospadach. Poszliśmy razem w dżunglę na zboczach Kilimandżaro, aby obejrzeć wspaniałe wodospady spływające z majestatycznej góry. Tsave był bardzo przedsiębiorczy uprawiał ‘na boku’ poletko marihuany, która ponoć była zacna, jak również pośredniczył w sprzedaży bimbru z bananów, czego z chęcią chcieliśmy skosztować. Wizyta w niedzielne południe na ‘melinie’ tanzańskiej była dosyć zabawna choć też mocno stresująca … wszyscy byli już mocno pijani i młodzi, tanzańscy mężczyźni patrzyli na nas, jakby szukali zaczepki… gospodarz, który pędził owo cudo był tak pijany, że goniąc swojego synka z kijem po podwórku, bardziej go śmieszył niż straszył… my sami nie wiedzieliśmy co myśleć, więc po pośpiesznym skosztowaniu ze wspólnego naczynia bananowego bimbru, kupiliśmy dwie butelki bananowego wina i uciekliśmy czym prędzej. A to był dopiero początek…

     

    IMG_4961

    P1150530

    Kolejna podobna sytuacja zdarzyła się już w okolicach Moshi, gdzie udaliśmy się aby podziwiać szczyty z innej perspektywy. Nasz trek zakończyliśmy przy malowniczym wodospadzie, ponieważ stwierdziliśmy że czas już wracać, aby zdążyć znaleźć jakieś miejsce na uboczu na noc i ugotować coś do jedzenia. Michał, jak zawsze żądny przygody zszedł po zboczu wodospadu w niższe partie, aby porobić zdjęcia, gdy nagle widzę jak jakiś mężczyzna zachodzi go od tyłu … adrenalina trochę dała o sobie znać … potem wspólnie zniknęli w zaroślach… za chwilę wyszli obok mnie u góry wodospadu trochę szamocząc się wzajemnie… Okazało się, że Pan poza faktem, że jest kompletnie naćpany i ma już totalnie przekrwione oczy, to chce od nas opłaty za patrzenie na ten wodospad, bo jest to ponoć teren parku i powinniśmy właśnie jemu zapłacić za wstęp… Chcieliśmy grzecznie wycofać się z sytuacji i wytłumaczyć, że w związku z tym że nie ma znaku, ogrodzenia i żadnych informacji na mapie o takim parku nie wiedzieliśmy, że tu jest park i sobie po prostu pójdziemy… Pan jednak nie za bardzo chciał słuchać i oczywiście wszedł na tematykę rasową, coraz mocniej już szarpiąc i zatrzymując Michała… Oczywiście podchodząc rozsądnie do tematu trzeba było się liczyć z tym, że za tym kolesiem mogą przyjść zaraz następni, a wtedy nie będzie już tak różowo… Pan dzięki komukolwiek był jednak bardziej zaaferowany nie puszczeniem nas o krok dalej niż zwoływaniem kolegów… uff. Po dłuższej szarpaninie i lekkiej bijatyce, w której Pan zrozumiał jedna, że Michał jest silniejszy… odpuścił nam wygrażając tylko, że nas zabije i nie mamy już życia w tej okolicy… Pośpiesznie poszliśmy w kierunku małej wioski, upewniając się przez całą drogę, że nikt nas nie goni …Ot uroki Tanzanii.

    P1150570