Udostępnij

  • Aksum, jedno z niewielu rozczarowań w Etiopii

    IMG_4339
    Aksum ma być ponoć tym wspaniałym, mistycznym miejscem, gdzie od wieków przechowywana jest Arka Przymierza w pilnie strzeżonych murach najświętszej świątyni całej Etiopii, a i może całej Afryki. Po takim wstępie wyobraźnia podróżnika buzuje, tworząc iście bajkowy obraz, zwłaszcza, że można do tego dodać jeszcze, że Aksum było ponoć, kiedyś, miejscem rezydowania legendarnej królowej Sheby, której to właśnie potomek spłodzony z Królem Salomonem sprowadził do miasta osławiona Arkę przymierza.
    P1110055
    P1110095
    P1110113
    P1110130
    Aksum rozczarowuje. Nic w przyziemnym bytowaniu jego szarych parterowych zabudowań lub nawet kilku kompleksów zabytków, w mojej opinii niesłusznie wpisanych na listę światowego dziedzictwa Unesco, nie przypomina nawet w najmniejszym stopniu namiastki świetności tego miejsca sprzed setek lat. Zabytki również są słabo oznaczone i moim zdaniem niezbyt interesujące. Nie zachwyca nawet fakt, że wśród niezliczonych obelisków znajduje się najwyższy swego czasu na świecie egzemplarz, który niestety został sponiewierany i rozbity przez Włochów w czasie ich okupacji w Etiopii. Oczywiście już sam fakt, że do miasta prowadzi asfaltowa droga, są w nim hotele i ‘guest housy’, sklepy i kilka barów mocno wyróżnia Aksum na tle okolicznych miasteczek i wsi, ale niewiele więcej.
    IMG_4335
    O wiele ciekawszym miejscem okazuje się jeden ze średniowiecznych klasztorów znajdujących się w okolicy, klasztor w Debre Damo. Już sam fakt, że jest on zlokalizowany na szczycie odludnej góry, gdzie od stuleci jedyną drogą dostępu jest lina wykonana z mocnej, koziej skóry, a wstęp mają tylko mężczyźni jest ciekawostką samą w sobie. Z podróżującej do klasztoru czwórki mężczyzn, towarzyszyli nam znajomi Anglicy i Holender, tylko Michał podjął się wyzwania wciągnięcia się po skórzanej linie, w niemiłosiernym upale na wysokość ok. 50 metrów. Nie obyło się bez dużych emocji i pomocy mnichów. Nie było mowy oczywiście o żadnych zabezpieczeniach, a dookoła lita skała.
    Sam klasztor jest komuną trochę odrealnionych, trochę zacofanych, trochę odizolowanych, trochę dziwacznych mnichów, którzy bezkrytycznie przestrzegają zasad swojego bractwa, w żadnej mierze nie przystając do współczesnych realiów, no może oprócz kompromisu wpuszczania do klasztoru zagranicznych turystów za solenna opłatą. Dla mnie pozostawionej pod górą na kilku godzinne czekanie i tak najlepszym spektaklem było spuszczanie po linie skowyczącej i śmiertelnie przerażonej kozy.
    K, M, D