Udostępnij

  • Mombasa – Przystanek przymusowy

    IMG_4879

    Po wspaniałych choć niezbyt bezpiecznych, zwłaszcza nocą, kenijskich plażach w Watamu i Malindi, udaliśmy się na postój obowiązkowy do drugiego najważniejszego ‘miasta’ Kenii, Mombasy.

    Nie przyjechaliśmy tutaj dla walorów historyczno – kulturowych miasta, lecz z konieczności znalezienia mechanika, co stanowiło nie lada wyzwanie. Po kilku nieudanych próbach trafiliśmy na warsztat, który wydawał się profesjonalny – oczywiście na afrykańskie warunki – obawialiśmy się jednak, że nie będzie nas stać na ich usługi.

    CameraZOOM-20131204090259371

    Sprawa wyglądała tak, że po górskich wertepach Etiopii i afrykańskiej tarze północnej Kenii zgodnie stwierdziliśmy, że MUSIMY podwyższyć tylne zawieszenie Dzikuna. Michał, jak to Michał, wymyślił dwie opcje – albo spacery (gumowe podkładki pod sprężyny, które dodadzą nam kilku niezbędnych centymetrów) lub dłuższe i mocniejsze sprężyny. Proste prawda… No nie do końca…

    Na początek okazało się, że jak zawsze uratowaliśmy sobie dupy i to w dosłownym tego wyrażenia znaczeniu ponieważ zdejmując nasze stare sprężyny z tylniego zawieszenia okazało się, że jedna jest PĘKNIĘTA … i tylko kaprys losu dzielił nas od śmierci…. hm not so funny…

    CameraZOOM-20131204094042577

    Więc wymiana sprężyn okazała się koniecznością … jedyny, mały szkopuł pozostawał w tym żeby znaleźć pasujące do naszego Dzikuna sprężyny o takim samym rozstawie, dłuższe i bardziej wytrzymałe, no i jeszcze takie, na które będzie nas stać… Równolegle toczyła się również akcja związana z tworzeniem gumowych spacerów, podrzuciliśmy niewinnie ten pomysł, aby mieć alternatywę w razie gdyby w całej Mombasie nie udało się znaleźć odpowiednio dłuższych sprężyn.

    Praca z Kenijskim mechanikami kosztuje dużo cierpliwości i wymaga dużo tolerancji, planowanie, myślenie przyczynowo-skutkowe i ogólnie myślenie w przód nie jest mocną stroną ludzi w Afryce (na marginesie świetnie to w swoich książkach wyjaśnia Kapuściński i wynika to bezpośrednio z uwarunkowań życia jakie panowały i panują w Afryce). Niestety nam dawała się we znaki temperatura więc z cierpliwością i tolerancją też nie było łatwo…

    Jedyną naszą ostoją był John, ok. 60 letni rdzenny Kenijczyk (nie hindus, nie biały, nie mieszaniec), majster wszystkich mechaników, który trzymał wszystkich w ryzach, żeby choć jakaś praca została wykonana. Niestety Johnowi też brakowało kreatywności dlatego od pomysłów i pchania pracy do przodu byliśmy My 🙂

    Spędziliśmy w warsztacie dwa, długie 12 godzinne dni pracy w 40 stopniowym żarze lejącym się z nieba, ale w końcu udało się nam dopasować odpowiednie sprężyny, które podniosły tył Dzikuna i lekko go usztywniły.

    Byliśmy zadowoleni … jednak pozostała jeszcze kwestia zapłaty. Od początku ustaliliśmy, że mamy zmieścić się w określonej kwocie … oczywiście wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że mamy pękniętą sprężynę itd. itd. Na nasze, już legendarne, szczęście właściciela warsztatu akurat nie było, a że był to dosyć młody hindus zaszczyt rozmowy telefonicznej padł na Kasię… po męczących negocjacjach hindus z litości machną na nas ręką i kazał zapłacić to co ustaliliśmy … Po trzech dniach Dzikun z dumą ruszył na dalszy podbój Afryki.

    IMG_4880

    IMG_4908

    Co do samej Mombasy nie jest to zbyt urocze miasto, a miasto to w sumie nadużycie. Są tu piękne przykłady architektury arabskiej i portugalskiej, a przede wszystkim wspaniały fort Jesus wybudowany przez Portugalczyków w XVI w., niestety wszystkie już dawno popadły w ruinę, a mieszkańcy nauczyli się na tej ruinie żyć. W sumie pewnie lepsza ruina z XV wieku niż lepianka lub chata zbita z blachy, którymi wypełnione są długo ciągnące się przedmieścia / slumsy Mombasy.

    P1140963

    P1140919

    Dużym plusem Mombasy było łatwo dostępne i bardzo smaczne uliczne jedzenie, na które ogromny wpływ miała oczywiście kuchnia hinduska.